Luwr, 7 rano, pełne słońce, pustki. Tylko pojedyncze osoby, które odważyły się spacerować, biegać lub pedałować na rowerze przed pracą.

A może nawet przed śniadaniem.

 

  

  

 

Zastanawiam się, jaki jeszcze zapamiętałam Paryż.. Trochę magiczny, trochę jak ze starych, czarno-białych pocztówek i zdjęć Henri Cartier-Bressona. Choć w kontekście sztuki i wystaw o Paryżu można pisać długo, nie teraz o tym - do paryskich muzeów jeszcze wrócimy. Tymczasem kamienice, kawiarnie na każdym rogu, elegancja wokół. Brzmi banalnie, ale przecież nie wszędzie tak jest. 

 

   

 

Już nie dziwi mnie wcale to uwielbienie artystów dla przesiadywania nad Sekwaną i dla Paryża jako 'głównej centrali' inspiracji. A w tym wszystkim Paryż słoneczny, Paryż burzowy, Paryż nostalgiczny i Paryż podziemny - bo w określeniu, że metro paryskie to 'prawdziwe podziemne miasto' nie ma przesady.

 

 

 

I wieża Eiffla, choć można usłyszeć, że to tylko góra żelastwa, dla mnie ma swój urok i klasę, jak na symbol przystało. Uległam temu klimatowi i pożegnałam Paryż artystyczny i Paryż codzienny: smakujący poranną kawą, popołudniowym croissantem i wieczornym winem z truskawkami, koniecznie w plenerze.

 

 

 

Widziałam bardzo dużo, ale nadal czuję, że to był taki pierwszy rekonesans. I że się jeszcze z Paryżem zobaczymy. 

 

  

Paryż, 5-9.06.2014